Analiza powyborcza czyli o zwycięstwie Donalda Trumpa

wpis w: Aktualności, Analiza | 0

Wybory prezydenckie w USA w 2016 roku, zdobywając 306 głosów elektorskich, wygrał Donald John Trump, wywołując olbrzymie zaskoczenie opinii publicznej i niezwykłą konsternację po wielu kontrowersyjnych wypowiedziach i wygłaszając dla mocno niepokojące dla większości poglądy. Jego przegrana wielu wydawała się niemal pewna, New York Times dawał Hillary Clinton 85% szans na wygraną. A jednak, losy tych wyborów potoczyły się inaczej. Oczywiście, trzeba zaznaczyć, że Donald Trump przegrał w Popular Vote, czyli dostał po prostu mniej głosów, jednak jego wygrana bierze się ze specyfiki amerykańskiego systemu wyborczego, w którym wygrywa się głosy elektorskie poszczególnych stanów.
I tak wygrywając ilościowo wybory w danym stanie (nawet 50% + jeden głos), otrzymujemy 100% jego głosów elektorskich. Ta sytuacja faworyzuje małe stany, bowiem niezależnie od ilości mieszkańców wszystkie dostają z miejsca po trzy głosy elektorskie, i tak najmniej ludny stan, Wyoming, mimo, iż powinien mieć jeden głos elektorski, ma trzy. Buduje to pewne dysproporcje, ponieważ sprawia to, że na jeden głos elektorski z Wyoming składa się wybór 200 tys. mieszkańców tego stanu, tak już w Kalifornii jeden głos elektorski reprezentuje wolę aż 705 tys. wyborców.
Analizując wybory poszczególnych stanów można zauważyć pewne prawidłowości. Hillary Clinton wygrała w stanach tradycyjnie demokratycznych, w których większość populacji zamieszkuje w dużych skupiskach miejskich. Należą do nich takie stany jak Nowy Jork, Illinois, Kalifornia. Trump wygrał w stanach tradycyjnie republikańskich, chociaż ta przewaga nie była już oczywista, w Teksasie zdobył zaledwie 52,4% głosów, w porównaniu do 57% Romneya czy 55% McCaina. Ale, przede wszystkim, o wygranej Donalda Trumpa zadecydowało zdobycie większości w prawie wszystkich stanach (nie licząc Illinois) tzw. Rust Belt. Czym jest Rust Belt? Jest to termin geograficzny, oznaczający jeden z wyróżnionych w Stanach tzw „Pasów”, tj. rozciągłych obszarów o pewnych podobieństwach strukturalnych. I tak, wyróżniono Pas Biblijny („Bible Belt”) cięgnący się na południu od Teksasu po Północną Karolinę, charakteryzujący się wysoką religijnością i powszechną, tradycyjną, protestancką moralność.

W tych właśnie miejscach bardzo wysokie rezultaty odnoszą Republikanie. Przeciwieństwem Pasa Biblijnego jest Pas Bezwyznaniowy, ciągnący się na północnym zachodzie USA (stany Waszyngton, Oregon), które najczęściej popierają Demokratów. Najbardziej charakterystycznym jest jednak Pas Rdzy („Rust Belt”), ciągnący się wzdłuż Wielkich Jezior przez stany Illinois, Indiana, Michigan, Ohio, Północ stanów Nowy Jork i Pensylwania. Są to niegdyś tętniące życiem, prężne obszary, które stanowiły o sile gospodarczej Stanów Zjednoczonych, dziś silnie dotkniętych skutkami dezindustrializacji i przychodzącej wraz z nimi wzrostu ubóstwa, przestępczości etc. Ludność w wielu z tych stanów spadała, najsilniejszym przykładem jest Detroit, którego ludność zmniejszyła się 1,85 mln w latach 50’ do niecałych 700 tys.

współcześnie. Takich spadków doświadczało jednak wiele, wiele więcej miast wokół Wielkich Jezior. I tak, ze względu na spadek poziomu życia większość stanów Pasa Rdzy popierała kandydatów Demokratów, którzy zazwyczaj na swoich sztandarach nieśli hasła socjalliberalne. W 2008 i w 2012 stany te oddały swój głos na Baracka Obamę, który uzyskiwał w nich dobre rezultaty (W Michigan prawie 60% głosów). Kandydatka demokratów w wyborach prezydenckich uzyskała w tych stanach wyniki wyraźnie gorsze od swojego poprzednika. Nie zdobyła po raz kolejny zaufania tych stanów, które głosowały na jej poprzednika, i które, co ważniejsze, głosowały w wyborach 1992 i 1996 na jej męża.
Mieszkańcy Pasa Rdzy musieli się poczuć dotknięci. Wszak wygrana Demokratów w tych stanach powinna być oczywista przy wszystkich okolicznościach, a jednak stało się inaczej. 8 lat rządów Baracka Obamy nie rozwiązało problemów tych ziem, wciąż są to miejsca o dużym bezrobociu. Dotychczasowa polityka skupiała się raczej na zagadnieniach natury społecznej, często w dosyć agresywny sposób.

Analizując wyniki w poszczególnych stanach można zauważyć, że o ile w centrach dużych miast zdecydowanie wygrywała Hillary Clinton, o tyle już w oddaleniu od nich jej przewaga malała albo wygrywał Donald Trump. Najciekawszym przykładem jest tutaj stan Pensylwania, którego częścią jest Filadelfia, jedno z najliczniejszych i najważniejszych gospodarczo miast USA, część aglomeracji BosNYWash. O ile w samym mieście wygrała z ponad 80% głosów Hillary Clinton, o tyle już na bliskich przedmieściach (a zatem zamieszkanych przez bogatą klasę średnią, prawdopodobnych wyborców demokratów) jej przewaga była minimalna, lub wręcz zamieniała się w przegraną. Coraz bardziej na północ, zbliżając się do terenów dotkniętych dezurbanizacją, przewaga Trumpa wzrastała w zauważalny sposób Jest to o tyle ważne, że aglomeracja Filadelfii to połowa mieszkańców stanu, a zatem można dostrzec, że Clinton przegrała na „swoim polu”.
Wygrana Donalda Trumpa w stanach leżących w Pasie Rdzy była wyraźnym komunikatem: „Dajcie spokój z gadaniem o problemach, które nas nie dotyczą. Zróbcie w koncu coś z gospodarką!”. Skupienie na problemach społecznych, brak ważnych reform w dziedzinie gospodarki, a także nieszczególnie efektywny system wprowadzony przez Affordable Care Act spowodował odwrócenie się wyborców tych stanów od Demokratów i poparcie Donalda Trumpa, kandydata, który jako jedyny nie wmawiał białej populacji Stanów, że jest przyczyną problemów innych grup. Będąc w USA miałem okazję rozmawiać z wieloma mieszkańcami zmęczonymi dotychczasową polityką administracji Baracka Obamy i ogólnym klimatem wokół jego rządów.
Z telewizyjnych przemówień słyszeć mogli, że są uprzywilejowani względem innych grup („White Priviledge”), a jednak w miejscach, gdzie o pracę bardzo trudno, takie słowa nie mają żadnego znaczenia, gdy kolejne miejsca pracy uciekają do Chin lub Meksyku. Dlatego ludność tych miejsc poparła kandydata Republikanów, który jako jedyny nie wmawiał im, że ich kolor skóry jest przyczyną problemów innych. Ale był jeszcze inny, lecz niedoszły kandydat, który również nie obwiniał białych o problemy innych grup, a przyczyn zapaści północy szukał w chciwości korporacji. Tym kandydatem był Bernie Sanders.

Analizując mapę wyborczą można zauważyć ważną prawidłowość. W praktycznie wszystkich stanach (Niezależnie od wygranej Donalda Trumpa czy Hillary Clinton) Donald Trump uzyskiwał znaczną przewagę nad kontrkandydatką w hrabstwach, w których wygrał Bernie Sanders w prawyborach Demokratów. Oznacza to, że potencjalni wyborcy Demokratów musieli być tak zniechęceni kandydatką tej partii na urząd prezydenta, że poparli Trumpa lub nie głosowali. W konkluzji można stwierdzić, że wybory w USA w 2016 roku to nie wygrana Donalda Trumpa, ale przede wszystkim przegrana Hillary Clinton, którą zniechęceni byli nawet tradycyjni wyborcy Demokratów, oczekujący przez 8 lat rządów Baracka Obamy zauważalnej poprawy warunków swojego życia. Kandydatka Demokratów na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2016 roku musiała się więc wydawać przedłużeniem tego niechcianego stanu rzeczy, co najwyraźniej wielu ludzi zniechęcało bardziej niż perspektywa wygranej Donalda Trumpa.
Autor: Paweł Krzemiński

Zostaw Komentarz