Zakaz handlu w niedzielę a sprzedaż w Internecie

wpis w: Analiza | 0

Od kilku dni opinię publiczną w kraju elektryzuje projekt ustawy, złożony 2 września w Sejmie, którego tematem jest zakaz handlu w niedzielę. O tym jak bardzo temat jest kontrowersyjny niech świadczy następujący szczegół: poparcie projektu zadeklarowało Prawo i Sprawiedliwość, zaś mocno skrytykowała .Nowoczesna; jednak w mediach to prorządowe „wPolityce” opublikowało bardzo mocną krytykę pomysłu, a kojarzone z „Gazetą Wyborczą” i szeroką opozycją OKO.press wręcz przeciwnie, wyraziło na swoich internetowych łamach pełne poparcie.

Ja jednak chciałbym skoncentrować się na nieco pobocznym wątku w całej tej politycznej awanturze. Mianowicie, zakaz handlu w niedzielę ma również dotyczyć sklepów internetowych. I to w dodatku nie, jak zwykle bywa w naszym rodzimym ustawodawstwie, przez zaniedbanie, przez które e-handel również przypadkiem zostałby ustawą objęty. Autorzy ustawy dość jasno wskazują:

1) placówce handlowej – należy przez to rozumieć wszelkie obiekty, w których prowadzona jest sprzedaż towarów i wyrobów w zakresie hurtowym i detalicznym, w tym sprzedaż towarów i wyrobów kupionych w celu ich odsprzedaży w formie sklepów, stoisk, straganów, hurtowni, składów węgla, składów materiałów budowlanych, domów towarowych, domów wysyłkowych, biur zbytu oraz w formie sklepów internetowych

Oraz później, kiedy wymieniają dozwolone odstępstwa:

18) na platformach i portalach internetowych świadczących usługi w zakresie sprzedaży towarów, które nie powstały w efekcie działalności produkcyjnej

Mamy więc do czynienia z jawną i celową próbą zabronienia funkcjonowania sklepów internetowych w niedziele od godziny 6 rano do poniedziałku do 6 rano (zakładam, że chodzi o strefę czasową, w której znajduje się Polska, jednak w wypadku internetu nie jest to wcale koniecznie takie oczywiste). Przyjrzyjmy się zatem co oznacza ten, zapewne lekką ręką wpisany, przepis dla e-sklepów, zarówno dużych, jak i przede wszystkim tych mniejszych.

Jak wyglądają zakupy przez Internet?

Co prawda chyba wszyscy to wiemy, ale pozwolę sobie na potrzeby tego artykułu przypomnieć jak przebiega standardowy proces dokonywania zakupu w sieci. Przede wszystkim, sklepy internetowe posługują się metaforami znanymi nam z tradycyjnych zakupów w markecie samoobsługowym. Mamy więc katalog produktów, zwykle pogrupowanych w kategorie, który odpowiada tradycyjnym alejkom i półkom ze zbliżonymi tematycznie artykułami. Kiedy już zdecydujemy się wstępnie na zakup wybranego artykułu, dodajemy go do koszyka (wirtualnego). A kiedy uznamy już, że zebraliśmy odpowiadający nam zestaw towarów, udajemy się do kasy, gdzie finalizujemy zamówienie poprzez wybór rodzaju płatności, ustalenie szczegółów dostawy, podanie danym teleadresowych itd.

Co zatem dokładnie miałoby oznaczać, że nie można prowadzić handlu w niedzielę? W wypadku tradycyjnego sklepu jest to relatywnie proste: sama placówka ma być zamknięta, więc nie mogą w niej przebywać klienci ani pracownicy. Jak przetłumaczyć to na warunki internetowe?

Najprostszym sposobem wydaje się zrobić to co Wojciech Cejrowski (bardzo często zresztą przytaczany w dyskusji na temat tego nowego prawa). Jego internetowy „Sklep kolonialny” jest w niedzielę nieczynny, co oznacza że żadna funkcja strony nie jest dostępna. Pojawia się za to napis „Nieczynne” oraz animacja pana Wojtka mówiącego, że „w niedzielę nieczynne, ponieważ mówię pacierze”. Jest to metoda najprostsza do wdrożenia: po prostu bazując na aktualnej dacie serwer wysyła do użytkownika inną stronę niż witryna sklepu. Z drugiej strony jest też potencjalnie najgorsze rozwiązanie z punktu widzenia właściciela sklepu. Dlaczego?

Po pierwsze, razem z ofertą handlową użytkownik strony traci dostęp do całej puli innych danych, jak choćby informacje o firmie, formularze reklamacyjne, śledzenie postępu realizacji zamówienia (jeśli sklep takie oferuje) itd. Nie mówimy tu bowiem o selektywnych wyłączeniu pewnych funkcji, ale po prostu zamiana każdej strony na informację o przerwie w działaniu.

Drugi aspekt to niedostępność stron prezentujących poszczególne produkty przez 1/7 czasu. Oprócz tego, że klient zostaje pozbawiony możliwości przejrzenia asortymentu (analogia: oglądanie gazetki reklamowej np. IKEA nie będzie zabronione w niedzielę), wiąże się to też z konsekwencjami technologicznymi. Trudno bowiem z całą pewnością powiedzieć jak mogą na coś takiego silniki optymalizacyjne wyszukiwarek, ale można zgadywać, że będą takie zachowanie mocno „karały”. Tym samym sklepy podlegające zakazowi prawdopodobnie już na starcie będą miały stratę do pozostałych jeśli chodzi o ich pozycję w wynikach wyszukiwania. A jak pokazuje praktyka, jest to jeden z najważniejszych wskaźników dla serwisu internetowego.

Może więc powinniśmy wprowadzić coś mądrzejszego niż „Sklep kolonialny”? Pozwólmy użytkownikowi przeglądać ofertę sklepu, ale nie pozwólmy dodawać do koszyka. Brzmi rozsądnie, choć nie pozwala klientom korzystać z koszyka na zasadzie „zapamiętania do potwierdzenia”. Koszyk bowiem z reguły nie „znika” po opuszczeniu strony sklepu. Może być dostępny przez kilka dni, a czasem nawet praktycznie „do odwołania”. Rodzi to też kolejne pytania: czy jeśli dodałem artykuły do koszyka jeszcze przed zakazem handlu to czy mogę sfinalizować transakcję w niedzielę? Co zyskają na tym pracownicy sklepu, których rzekomo ma chronić ta ustawa?

Może więc zakazać samej finalizacji? To raczej nieprzyjazny ruch w stronę klientów, którzy cierpliwie przez kilka godzin wybierali produkty, ale nie mogą ich faktycznie kupić, bowiem minęła „godzina zero”. A jeśli sklep nie oferuje możliwości zapisania koszyka, ryzykują tym, że wszystko będą musieli robić jeszcze raz.
Wreszcie, kogo właściwie obejmie ten zakaz handlu w internecie? Sklepy w domenach .pl albo korzystających z polskich serwerów? Podmiotów zarejestrowanych w Polsce? Ustawa tego nie precyzuje, a każde z wymienionych rozwiązań jest stosunkowo proste do ominięcia.

Wymogi techniczne

Załóżmy jednak, że udało się ustalić spójną wersję tego, co tak naprawdę ma być zabronione w niedzielnym e-handlu. Zastanówmy się co muszą zrobić właściciele sklepów od strony technicznej, by funkcjonować w zgodzie z nowymi przepisami.

Najmniej problemów będą mieli duzi gracze z własnymi zespołami programistów. Wprowadzanie tego rodzaju zmian nie jest oczywiście zadaniem na kwadrans, jednak mając środki i zasoby, po prostu się je wprowadza. Co ze średnimi i małymi sklepami? Tu sytuacja wygląda znacznie mniej optymistycznie. Większość z nich korzysta z gotowych, najczęściej darmowych skryptów, pozwalających na uruchomienie sklepu internetowego. Zatrudnienie programistów, by napisali ekstrawagancki dodatek wyłączający w określonych godzinach część funkcjonalności sklepu będzie dla nich z pewnością sporym kosztem. A „gotowce” nie posiadają z reguły takich możliwości (udało mi się znaleźć jeden, do którego istnieje już gotowa wtyczka).

W jeszcze gorszej sytuacji znajdą się ci, którzy swój biznes online oparli na rozwiązaniach typu SaaS, a więc skorzystały z gotowej witryny sklepu zbudowanej przez jakiegoś usługodawcę i od strony technicznej przez niego utrzymywanej. O ile korzystający z „gotowców” mają często dostęp do kodu witryny i teoretycznie mogą go dowolnie zmieniać, o tyle ci nie mają w ogóle takiej możliwości. Skazani są na czekanie, aż ich usługodawca doda możliwość wyłączania sprzedaży w niedzielę. Jeśli są to polskie firmy, można się spodziewać że kiedyś to zrobią. Ale te zagraniczne na pewno nie. Czy zatem przed tego typu przedsiębiorcami nowa ustawa stawia wybór: bardzo kosztowna migracja albo 2 lata ograniczenia wolności? Wygląda na to, że tak.

Kto dostanie rykoszetem?

Wiemy już, że dla samych sklepów internetowych przystosowanie się do nowej ustawy może okazać się bardzo kosztowne. Ale to nie wyczerpuje listy podmiotów, które odczują jej negatywne skutki. Główną bowiem cechą Internetu jest jego hipertekstowość, a więc mnogość połączeń pomiędzy różnymi witrynami. Jeśli mam na swojej stronie odnośniki do pewnych produktów w sklepie, który „wyłącza się” w niedzielę, nie tylko będzie to mało atrakcyjne, ale dodatkowo stanie się przyczynkiem do ewentualnych kar od algorytmów optymalizacji wyszukiwania, o których już wspominałem w kontekście strat samych sklepów. Tym samym jeśli dany sklep zdecyduje się na takie wyłączenie, „stracić” może nieoszacowana liczba stron do niego linkujących.

Wśród nich warto wyróżnić strony zajmujące się porównywaniem cen, jak na przykład Ceneo. Te de facto żyją z tego, że ludzie przejdą od nich na witrynę sklepu. Samo kliknięcie przez użytkownika w link nie jest jednak dla sklepu wystarczająco atrakcyjne, by miał za to płacić – musi zakończyć się zakupem. A w niedzielę ten będzie niemożliwy. Porównywarki mają więc szansę być pozbawionymi swojego głównego źródła dochodu przez 1/7 czasu.

Na tej samej zasadzie działa obecnie zresztą większość biznesu reklamowego. Jeśli hasło w reklamie zachęca do kupienia produktu już teraz, pośrednik reklamowy dostanie pieniądze tylko jeśli reklama zostanie kliknięta a proces zakupu (lub ewentualnie samego dodania do koszyka) zakończony. A jeśli ich nie dostanie (a nie będzie to możliwe w niedzielę), ucierpi użytkownik, który udostępnia powierzchnię reklamową na swojej stronie.

Kto nim jest? Może to być każdy. Zarówno duzi gracze, jak i przysłowiowy pan Marek prowadzący stronę dla akwarystów. To właśnie tym ostatnim – właścicielom stron tworzonych przez i dla pasjonatów – zyski z reklam pokrywają przynajmniej część (bo prawie nigdy całość) kosztów związanych z prowadzeniem takiej striny. W momencie kiedy spadną one o 15%, może to stawiać pod znakiem zapytania dalsze istnienie takiej witryny.

A swoją drogą pośrednicy reklamowi troszczą się o to, by wyświetlać tylko reklamy, na których można zarobić. Wzór na to jest dość prosty: porównuje się liczbę wyświetleń danej kampanii reklamowej z ilością pieniędzy, jaką jej właściciel zapłacił. Tymczasem „wydajność” reklam sklepów w niedzielę będzie notorycznie wynosić 0%. W lepszym wypadku oznacza to, że będą one miały gorszy „rating” niż kampanie innych podmiotów. W gorszym, że automaty wykrywające reklamy z bardzo niską wydajnością co niedzielę będą umieszczały kampanie polskich sklepów na czarnych listach, blokując całkowicie wyświetlanie ich reklam i prowadząc do jeszcze dalszych strat.

Podsumowanie

Jak widać dopisanie drobnej uwagi o sklepach internetowych powoduje lawinowy efekt pytań i strat dla tego typu działalności. Co prawda sądzę, że autorzy nie zdawali sobie z tego zupełnie sprawy, po prostu postanowili uregulować coś, na czym kompletnie się nie znają. Pozostaje mieć nadzieję, że procedujący ustawę posłowie wykażą się większym zrozumieniem tematu i wykreślą e-handel z jej zakresu.

Zostaw Komentarz